DREWNO.PL - Portal branży drzewnej - ogłoszenia
Przewodnik dla stolarzy - Jan Heurich
 

Pilarz z Beskidów

Autor: Tomasz Dębiec
Źródło: Drwal
Data: 2008-05-19


Kiedy w Polsce były najlepsze czasy dla pracowników leśnych? – Teraz – odpowiada bez wahania Józef Kocoń z Nadleśnictwa Ujsoły. Jest siódma rano. Jadę zaśnieżoną drogą przez beskidzką wieś Rycerka Górna na spotkanie z Panem Józefem Koconiem – doświadczonym miejscowym lasowcem. Chyba nie ma dziś w Polsce regionu, którego gospodarka tak silnie byłaby związana z lasem jak tu, w Beskidzie Żywieckim.

Józef Kocoń jest pilarzem od 26 latJózef Kocoń jest pilarzem od 26 lat

Chyba nie ma dziś w Polsce regionu, którego gospodarka tak silnie byłaby związana z lasem jak tu, w Beskidzie Żywieckim. W ten niby senny ranek, kiedy jeszcze się nie rozwidniło na dobre, ludzie ruszają do pracy w lesie. Samych furmanek, które minąłem po drodze, naliczyłem osiem, a konie wykonują tu tylko najtrudniejszą część zrywki na stokach.

Na rozmowę z Panem Koconiem umawiamy się w kancelarii leśnictwa Rycerzowa. Oprócz nas jest tam kilka innych osób, sami ludzie lasu – zulowcy i leśnicy z LP. Pan Józef okazuje się doskonałym gawędziarzem i duszą towarzystwa, a o pracy w lesie ma bardzo dużo do powiedzenia.

Sam staż robi wrażenie – jako pilarz przepracował już 26 lat. Zresztą praca w lesie jest niemal wpisana w kod genetyczny rodziny Koconiów. Zajmował się tym dziadek Pana Józefa, jeden z jego synów założył własny zul, a drugi pracuje razem z nim. Pan Józef ma jeszcze dwie córki, jedna z nich jest już mężatką, młodsza jeszcze się uczy, w tym roku zdaje maturę.
Bohater tego reportażu zaczął leśną karierę dość przypadkowo. Pojechał do pracy do ówczesnej Czechosłowacji, gdzie miał pracować jako budowlaniec, ale okazało się, że wolny przydział jest tylko do pracy w lesie.

U naszych południowych sąsiadów Pan Józef przepracował jako pilarz łącznie osiem lat zdobywając doświadczenie, wiedzę i uprawnienia. Te ostatnie były trójstopniowe.
Pilarzowi z polskich Beskidów udało się zdobyć je wszystkie. Egzaminy nie były formalnością. Ocenie podlegała nie tylko poprawność wykonania zadań, ale też mierzony był czas oraz dokładność, z jaką zostały wykonane.

Pan Kocoń bardzo wysoko ocenia poziom techniki i organizacji pracy u naszych sąsiadów. Oni mieli lepszy sprzęt, lepsze zarobki i rzetelny system obliczania wynagrodzeń dla pilarzy. – Praca w Czechosłowacji to była absolutna rewelacja – kwituje.

Później przyszedł czas na pracę w ojczyźnie. Nie trzeba było szukać daleko, bo w miejscowym Nadleśnictwie Ujsoły. To były jeszcze czasy kiedy nadleśnictwo miało „swoich” pracowników leśnych. Tymczasem pojawiła się już możliwość pracy na Zachodzie, w Niemczech. Pan Józef wziął urlop w nadleśnictwie i pojechał za chlebem. Mimo pośredników zarobek był niesamowity.
– To ile można było wyciągnąć?
– Dziesięć razy tyle co w Polsce w ówczesnym czasie!. I to bez znaczenia, czy była to ścinka, czy inne prace, jak sadzenie czy grodzenia.

Najniebezpieczniejsze prace, jakie wykonywał Pan Józef w Niemczech, to usuwanie wiatrowałów. Ekipa Polaków pracowała w najtrudniejszych warunkach. Oprócz nich na powierzchni z wiatrowałami działali także Szwedzi i Finowie. Oni jednak ograniczali się do robienia porządku tylko z tymi drzewami, które były dostępne z drogi dla ich maszyn. Głębiej wchodzili tylko Polacy z pilarkami.

Złote czasy saksów skończyły się w połowie lat 90. W miejscowym nadleśnictwie też nie było dużo pracy i robotnicy, w tym nasz bohater, byli delegowani w inne rejony Polski. Tym sposobem Pan Kocoń pracował przy usuwaniu skutków olbrzymiego pożaru w Kuźni Raciborskiej. To też nie był łatwy kawałek chleba…
– Kiedy w Polsce były najgorsze czasy dla pracownika leśnego? – pytam Pana Koconia.
– Chyba w połowie lat 90. – słyszę w odpowiedzi.
– A najlepsze?
– Teraz – odpowiada mój rozmówca bez wahania.
Trochę mnie zaskakuje ta odpowiedź, po tym, co usłyszałem od jego kolegi po fachu Andrzeja Synowca z Wetliny w Bieszczadach (patrz Drwal nr 3/2008), który raczej narzekał na warunki pracy w lesie, niż je sobie chwalił.

Na pierwszy rzut oka warunki są podobne – góry o zbliżonej wysokości, ale inny skład gatunkowy drzewostanów. W Bieszczadach dominują buczyny, a tu świerczyny.
I tu leży pies pogrzebany. Na terenie kilku beskidzkich nadleśnictw mamy do czynienia z katastrofą przyrodniczą.

Na masową skalę zamierają świerkowe drzewostany, co oznacza olbrzymie pozyskanie, a co ważniejsze, stosunkowo łatwe pozyskanie, bo z małej powierzchni „zbiera” się dużą masę. To jest powód, dla którego obecne czasy dla niektórych beskidzkich zulowców, takich jak Pan Kocoń, są po prostu dobre.

Firma została założona w 1996 r.
Na początku Pan Józef osobiście zajmował się sprawami księgowymi, ale od dwóch lat, kiedy roboty znacznie w lesie przybyło, woli sobie tym nie zaprzątać głowy i zleca papierkową robotę księgowemu.
– Jakie są stawki za zrywkę? – pytam.
– Bardzo różne, to zależy jaka długość, jaki teren, czy z podrywką konną, czy bez. Przykładowo: zrywka mechaniczna 500 metrów to 23 zł i podrywka konna 200 metrów 17 zł – wyjaśnia mój rozmówca. Pan Józef w styczniu, kiedy się widzieliśmy, zatrudniał pięciu ludzi, od kwietnia przyjął szóstą osobę. Ponadto pracę w jego firmie znajdą pracownicy sezonowi, którzy zajmą się sadzeniem.

Ciągle powiększają się też zasoby sprzętu tego zula. Mocno zróżnicowane warunki terenowe powodują, że licząca się firma musi posiadać różnorodny sprzęt do zrywki.
Dlatego obok koni, które jak się okazuje nie do końca można zastąpić, zul Pana Koconia dysponuje forwarderem, skiderem z łyżką oraz wyciągarką linową na ciągniku z liną o długości 200 metrów.

W lesie mam okazję oglądać Pana Koconia przy pracy. Każda operacja idzie mu sprawnie i z taką naturalnością, z jaką ja jem bułkę z masłem.
Czego najbardziej nie lubi w pracy pilarza? Po chwili zastanowienia odpowiada, że okrzesywania, ale i to idzie mu bardzo dobrze.
Na pytanie jak się układa współpraca z Nadleśnictwem Ujsoły Pan Kocoń szczerze odpowiada, że bardzo dobrze. Zdarzają się wprawdzie drobne nieporozumienia, jak to w życiu, ale nic ponadto.

Staż Pana Józefa wpływa na jego zdrowie. Cierpi na tzw. zespół cieśni nadgarstka. To zespół objawów takich jak drętwienie czy mrowienie wywołane ciągłym uciskiem na nerwy w kanale nadgarstka. Pan Józef półtora roku temu przeszedł operację i dziś czuje się „elegancko”, jak przyznaje z uśmiechem na twarzy.

Wprawdzie nadgarstek ciągle dokucza, ale nie ma się czym przejmować. – Jak serce zakłuje to też nic strasznego, wiadomo przynajmniej, że jest – tłumaczy Pan Józef.

Pilarz z Beskidów (Zdjęcia: 2)

Józef Kocoń jest pilarzem od 26 latPan Józef w drodze na powierzchnię roboczą

 
Komentarze Komentarze do artykułuSkomentuj Dodaj komentarz

Brak komentarzy. Twój komentarz może być pierwszy.

Powrót

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA


 
 
facebook
newsletter

Zapisz się na bezpłatny

Wiadomości z portalu na e-mail

Zapisz