DREWNO.PL - Portal branży drzewnej - ogłoszenia
TARCICA.PL - internetowy sklep drzewny
 

Rozjeżdżają Beskidy!

Echa Leśne 10/2005

Autor: Włodzimierz Szczepański
Źródło: Echa Leśne 10/2005
Data: 2005-11-01


Wjeżdżają na szlaki Beskidu Małego, Śląskiego i Żywieckiego. Zagrażają nie tylko sobie, ale przede wszystkim turystom. Policjanci i leśnicy wypowiadają wojnę motocyklowym piratom.

Piraci wśród świerków
– Facet chyba nie żyje – słychać głos w telefonie. Na początku września dwaj mężczyźni ze Szczyrku i z Bielska-Białej jadący quadem (czterokołowym terenowym motocyklem) runęli do parowu. – Do wypadku doszło na szlaku rowerowym Zapalenicy. Na prawoskręcie, tuż przed potokiem. Prawdopodobnie kierowca quada za wcześniej skręcił i spadł do parowu – mówi Tomasz Jano z GOPR w Szczyrku. Mężczyźni wylecieli z pojazdu jak z procy, potem turlali się. Jeden złamał kość udową, a drugi… – Niestety, nie mieli kasków. Drugiego mężczyznę przygniotła maszyna. Z urazem głowy trafił do szpitala, podobno zmarł – opowiada Tomasz Jano.

Zmotoryzowany problem
– Od dwóch lat problemem są nielegalne wjazdy do lasu – mówi Wojciech Jaroń, który kieruje strażnikami leśnymi w katowickiej RDLP. Głowa Jaronia kiwa się, gdy koła terenówki strażników wjeżdżają na kamienie ukryte pod warstwą błota. Pozostałe samochody strażników powoli pokonują błotnistą drogę. – Pieska pogoda – mruczy pod nosem strażnik leśny Grzegorz Armata, jednak samochodu nie zawraca.
Po szybach zacina kolejna fala deszczu. Chmura przyszła niespodziewanie od strony Baraniej Góry. W taką pogodę chyba nikt w górach się nie pojawi. – Na quadowców nie ma reguł. Im większe błoto, trudności na szlaku, tym większa dla nich frajda. Narażają się dla adrenaliny – komentuje Wojciech Jaroń. Motocykliści, quadowcy, wielbiciele samochodów terenowych, a także miłośnicy rowerów do zjeżdżania z gór tak dali się we znaki turystom, że wędrujący często alarmują strażników. Wojciech Jaroń dodaje: – Mają dość zmotoryzowanych, którzy hałasują, a przede wszystkim są niebezpieczni, bo jeżdżą po szlakach turystycznych. A nam niszczą runo i uprawy leśne, a także płoszą zwierzynę. Dlatego wspólnie z policją i strażą graniczną organizujemy obławy.
Strażnicy leśni z katowickiej dyrekcji mają do patrolowania kilkaset tysięcy hektarów lasów – od górskich, jak w okolicach Wisły, po typowo nizinne pod Opolem. Bluzy pod pachami strażników leśnych wypycha ukryta broń. – Lepiej ją mieć, szczególnie w okolicach miast, gdzie po lasach złodzieje samochodów mają swoje „dziuple”. Nierzadko siedzą w nich uzbrojeni, gotowi na wszystko ludzie – opowiadają strażnicy.
Kolumna samochodów ze strażnikami zatrzymuje się. Krótka narada. Wojciech Jaroń wyciąga mapę i rozstawia załogi: – Unikamy pościgów, bo to niebezpieczne. Staramy się blokować drogi, którymi mogą nadjechać zmotoryzowani. Jeśli nie zatrzyma się ich przed patrolem na szczycie góry, a tak z reguły bywa, to czekamy na dole. I na wąskiej drodze blokujemy z obu stron – mówi. Niekiedy bywa niebezpiecznie i najchętniej strażnicy zrzucaliby motocyklistów z siodeł. Grzegorz Armata wspomina: – Rok temu usiłowaliśmy zatrzymać jednego. Ominął mnie, ale drogę zabiegł mu kolega. Wtedy motocyklista podniósł maszynę na jedno koło. Niewiele brakowało, a byłby w niego uderzył.

Ucieczka dziadka
Grzegorz Armata z Wojciechem Jaroniem zostali, aby zaczaić się u podnóża góry. Dwie załogi strażników jadą wyżej. Prowadzi je Lidia Cieślar, strażniczka z Wisły, która doskonale zna okoliczny teren. Wrangler wyje, gdy Lidia Cieślar dociska gazu, aby pokonać stromą drogę. Za zakrętem jeleń skubie trawę. Na widok samochodu podnosi łeb i szybko znika w dole stoku. Strażniczka zatrzymuje auto. Dalej w górę gruntowa droga prowadzi na Skrzyczne i Klimczok, w dół do Wisły i na Biały Krzyż. Jednak fanatycy jazdy po górach wybierają inną drogę – wijącą się stromo ścieżkę, na której z wypłukanej ziemi wystają głazy. Dróżka prowadzi na Malinowską Skałę i skręca na szczyt Baraniej Góry. – Wjeżdżają na szczyt, chociaż jest tam rezerwat – opowiada Lidia Cieślar. Z drugiego auta wychodzą strażnicy i policjant. Strażniczka narzeka, że bardzo trudno zatrzymać motocyklistę. – Mają duże umiejętności. Potrafią niemal w miejscu zatrzymać się i zawrócić, czy uciec między drzewami. Niekiedy zabuksują kołami tak, że lecą kamienie. Odjeżdżając pokazują jeszcze środkowy palce w znanym geście. Niekiedy wyzywają od komuchów, bo niby zakaz wjazdu do lasu to restrykcje z czasów komunistycznych – opowiada. Policjant Piotr Kaleta wtrąca: – Udało nam się raz w pościgu zatrzymać trzy quady. Kierowcy stanęli, bo drogę ucieczki zagrodził im szlaban. Jeden z zatrzymanych miał 70 lat i jechał na sprzęcie wartym ponad 60 tys. zł!
Nie wszyscy zmotoryzowani uciekają na widok strażników leśnych. Wielu z nich bez oporu przyjmuje mandaty. I pół żartem, pół serio proszą o kolejny, bo dalej będą jeździć po lasach. – Posiadacze takiego sprzętu to z reguły osoby zamożne. Większość miłośników ekstremalnej jazdy po górach przeważnie jest w młodym wieku – mówi policjant. – Mają zawód „syn” – śmieje się Piotr Kaleta. – Wyciągają od rodziców kasę. Niekiedy widuje się ich w Szczyrku przed droższymi hotelami. Dłubią przy maszynach, które przywożą na przyczepach, a potem ukradkiem wyjeżdżają na szlaki – opowiada. Często sprzęt do jazdy ekstremalnej kupowany jest w leasing na firmę. Nabywca musi udowodnić, że maszyna jest potrzebna do jej działalności. Na przykład quady mogą służyć do odśnieżania posesji firmy. Na zmotoryzowanych skarżą się nie tylko turyści na szlaku. Miłośnicy terenowej jazdy niszczą też lasy prywatne, których pełno w górskich rejonach Polski. Do Lidii Cieślar nieraz dzwonili sąsiedzi z wioski: – No ale co taka babcia może im powiedzieć, gdy dostanie kamieniami spod kół. Boi się! – mówi strażniczka. Za chmur wyjrzało słońce. Nasiąknięta deszczem ziemia paruje. Nad wierzchołkami świerków para zbiera się w kłębki mgieł. W oddali widać Baranią Górę. Lidia Cieślar odbiera telefon, słychać głos Wojciecha Jaronia: – Zmieniamy miejsce! Zaczaimy się bliżej Wisły.
(...)

Czekanie na śmierć
Nad Beskidami zapada zmrok. Jedziemy do leśnictwa, gdzie już z paleniska buchają iskry ognia. – Miłośnicy jazdy po górach przenieśli się w Beskid Żywiecki. Często jeżdżą po dawnym pasie granicznym. W naszym rejonie odstraszają ich akcje strażników – przekonuje Marian Wantulok, strażak i przewodnik górski z Wisły. Zmotoryzowanych spotyka na szlakach turystycznych: – Bywają wśród nich i kulturalni kierowcy, którzy zwalniają przy grupie pieszych. Ale średnio co przy dziesiątej grupie przejeżdża taki szaleniec, że robi się groźnie – opowiada. Bardziej od motocyklistów Marian Wantulok boi się rowerzystów. Motor z daleka słychać, a roweru nie. Przed kilkoma laty rowerzysta uderzył w starszą turystkę, kobieta zginęła. (...)
Na wielkim ruszcie nad paleniskiem pieką się kiełbasy. Do leśnictwa przyszedł też Tadeusz Byrtek, właściciel wypożyczalni quadów, jeden z niewielu, który dysponuje terenem do jazdy. Broni miłośników tego rodzaju jazdy: (...)– Chętnych do jazdy po naszych górach będzie przybywało, bo do Wisły przyjeżdżają coraz bogatsi goście. A jaki to problem wytyczyć dla nich szlak? Niektóre piesze drogi nie są uczęszczane. Będzie bezpieczniej i korzyści finansowe oczywiste. Próbujemy zainteresować naszym problemem różne władze, ale bezskutecznie – twierdzi właściciel wypożyczalni. Strażnicy kiwają głowami, że ma rację, ale dodają: – Miejscowy samorząd musi wystąpić do Lasów Państwowych z propozycją trasy. – To nie takie proste, przecież żaden nadleśniczy nie będzie chciał nadstawiać karku. Bo jak pozwoli, to będzie musiał ponosić konsekwencje za wypadek. To musi być odgórnie rozwiązane – komentuje kolejny strażnik. Tymczasem nielegalne jazdy po lasach zbierają ofiary. Na przykład w majową noc 28-letni mieszkaniec Wisły jechał żółtym szlakiem z Cieńkowa. Zawadził kołem o korzeń i wyleciał z maszyny, uderzając głową w pień. Zmarł w czasie reanimacji. Kilka godzin później w Wiśle-Gościejowie terenowe suzuki stoczyło się z kilkusetmetrowej skarpy. Kierowca, 47-letni mężczyzna, zginął na miejscu. Ciężko rannego pasażera lekarze zabrali do szpitala. – Może jak na szlakach zginie jeszcze kilku ludzi, to ktoś dostrzeże problem – zauważa Grzegorz Armata. – My mamy czyste sumienie, bo nikt nam nie może zarzucić, że nic w tej sprawie nie robimy – dodaje.

 
Komentarze Komentarze do artykułuSkomentuj Dodaj komentarz

Brak komentarzy. Twój komentarz może być pierwszy.

Powrót

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA


 
 
facebook
newsletter

Zapisz się na bezpłatny

Wiadomości z portalu na e-mail

Zapisz