DREWNO.PL - Portal branży drzewnej - ogłoszenia
TARCICA.PL - internetowy sklep drzewny
 

Certyfikacja lasów w Polsce - Im dalej w las, tym większy Meksyk

Autor: Grażyna Ostropolska
Źródło: Życie Warszawy
Data: 2001-01-13


Meksykańska firma Forest Stewardship Council (rada do spraw dobrej gospodarki leśnej) metkuje polskie lasy. Nadaje im certyfikaty stwierdzające, że są "dobrze gospodarowane", a dyrekcje lasów państwowych płacą za to bajońskie sumy. FSC ometkowała już 7 z 17 regionalnych dyrekcji.

- Cena jest niemała. Choć to tajemnica handlowa, powszechnie wiadomo, że za taką certyfikację pobiera się 100 - 200 tys. zł - mówi pragnący zachować anonimowość leśnik. - Lasy państwowe, uważane za jedne z najlepiej zarządzanych i zagospodarowanych w Europie, płacą swoisty haracz. Certyfikacja, na dodatek według kryteriów przyjętych dla lasów tropikalnych, została na nich wymuszona - dodaje. Firma, jak sama twierdzi, jest międzynarodową, niedochodową, niezależną organizacją. Sam certyfikat - według FSC - sprawia, że klient wybiera i płaci za taki produkt, który pochodzi z lasu "dobrze gospodarowanego", zaś nie wybiera tego, który pochodzi z lasu "gospodarowanego źle".

Kiedy FSC wchodziła do polskich lasów, nikt nie wróżył jej większych szans w pozyskaniu klientów i pieniędzy. śmieszyły np. kryteria, jakie miały być spełnione do uzyskania certyfikatu - "przestrzeganie praw ludności rdzennej". Leśnicy przestali się śmiać, gdy firma dotarła do Regionalnych Dyrekcji Lasów Państwowych i wydała certyfikaty dla 2.5 miliona hektarów lasów. Co więcej, o dokument zaczęli pytać się stali odbiorcy drewna.

- Wiedząc, jakie pieniądze sobie liczą, sam zaproponowałem cenę, na jaka nas stać - mówi Janusz Kaczmarek, szef Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu. - Jestem bardzo ostrożny we wchodzeniu w rozmaite nowości, ale widząc, jaką presje wywiera się ostatnio na moich kontrahentach, oraz dbając o własny rynek drzewny musze się certyfikacji poddać.

Specjaliści dziwią się, dlaczego z Polski wyciekają miliardy do kieszeni ekspertów z Meksyku, skoro mamy własne Polskie Centrum Badań i Certyfikacji, a poza tym samo logo "LP" (Lasy Polskie) było do tej pory znakomitym znakiem towarowym.

Mam pomysł na wielkie pieniądze. Założę organizacje pozarządową. Najlepiej ekologiczną i oczywiście... "non profit". Zarejestruje ją jako stowarzyszenie cywilne. Najchętniej w którymś z egzotycznych krajów, żeby mi jakieś przemądrzałe paskudy w papierach nie węszyły. Dobiorę sobie członków przyjaciół. Ogłoszę, że jako instytucja od nikogo niezawisłą, korzystająca u usług niezależnych ekspertów, akredytowanych przy moim stowarzyszeniu - będę wydawać certyfikaty na rzeki, jeziora, morza i oceany. Może nawet na góry...

Korzystając z ustalonych już na świecie norm, opracuję "własne niezależne kryteria". Nie za lekkie, nie za surowe, takie w sam raz... "Certyfikat dobrze zagospodarowanego morza" (rzeki, jeziora itp.) będę przyznawała państwom, miastom, instytucjom i osobom prywatnym. Audyt wycenię niedrogo. Na jakieś półtora-dwa miliardy starych złotych za jeden kwit. Oczywiście certyfikat ważny będzie co najwyżej parę lat. Potem trzeba go odnowić. Oczywiście moje "non profit" stowarzyszenie grosza za to wziąć nie może. Ale pieniądze i tak przepłyną. Z akredytacji dla firm stale i okresowo certyfikujących, z rozmaitych ekologicznych grantów...

Tropikalne opłaty
Tym, którzy zapłacą za certyfikacje, ponalepiam - gdzie sobie tylko życzą - logo mojej firmy. I przekonam niedowiarków, ze certyfikat to cos znacznie lepszego niż lokata w banku. Zaprocentuje natychmiast, bo klient chętniej kupi rybę z dobrze zagospodarowanego jeziora, morza lub oceanu, grzyby z ekologicznego lasu i oscypek od owcy wypasanej w certyfikowanych górach. Nawet jeżeli będzie on kosztował więcej niż ten z "niescertyfikowanych" jeszcze gór.

A na opornych w kupowaniu droższego (o koszt logo) surowca producentów: rybnych puszek, grzybków w occie i owczej bryndzy, też znajdę bat. Spowoduje, żeby zagraniczni importerzy żądali dołączenia do polskiego towaru certyfikatu pochodzenia surowca. Nie będzie takiej metki - nie będzie eksportu na Zachód.

I dużo mnie to nie będzie kosztowało. Jest przecież silne "proekologiczne lobby" w Zachodniej Europie...
- Daruj sobie polskie lasy - znajomy leśnik nieco ostudził mój zamysł certyfikowania całej natury. - Te od czterech lat certyfikuje jakaś firma z Meksyku. Jej metkę ma już polowa Regionalnych Dyrekcji Lasów Państwowych. A cena ometkowania też jest niemała. Choć to tajemnica handlowa, powszechnie wiadomo, że za taką certyfikację pobiera się 1-2 miliardy starych złotych. Czasem płacą za to lasy, czasami kasę dorzucają producenci drewna. Za logo, którego zaczęli się nagle od nich domagać angielscy, belgijscy i holenderscy importerzy polskiego drewna. Widać gołym okiem, że Lasy Państwowe, uważane za jedne z najlepiej zarządzanych i zagospodarowanych w Europie, płacą swoisty haracz.

Certyfikacja - na dodatek według kryteriów przyjętych dla lasów... tropikalnych - została na nich wymuszona. Powszechnieje zasada: płacz i płać.

Nie ma jak metka
Firma, która kilka lat temu wpadła na genialny pomysł certyfikowania lasów, także polskich, nazywa się Forest Stewardship Council (FSC), co na polski tłumaczy się: Rada do spraw dobrej gospodarki leśnej.
Reklamuje się ona w Internecie i wydawanych w Polsce informatorach jako Civil Association, czyli stowarzyszenie cywilne, zarejestrowane w Meksyku. Swoją genezę przedstawiła zaś tak: FSC założono w październiku 1993 po konferencji w Rio. Jest to międzynarodowa, niedochodowa, niezależna organizacja, złożona z różnorodnych grup, reprezentujących przemysł drzewny, organizacje chroniące środowisko naturalne, leśnictwo, organizacje rdzennych mieszkańców, związki zawodowe, instytucje dokonujące certyfikacji (...) Działalność FSC jest nadzorowana przez FSC. Sekretariat FSC, kierowany jest przez Dyrektora Wykonawczego, odpowiedzialnego za kwestie finansowe, rachunkowo-rozliczeniowe, administracyjne, za sprawdzanie zgodności przepisów krajowych z działalnością FSC, za wdrażanie programów, polityki i decyzji FSC. Zalety certyfikacji lasów FSC przedstawia mniej tajemniczo niż swój zarząd. Informuje bez ogródek: Certyfikat sprawia, że potencjalny klient wybiera i płaci za taki produkt, który pochodzi z lasu "dobrze zagospodarowanego", zaś nie wybiera tego, który pochodzi z lasu gospodarowanego źle (...). Korzyści z tego certyfikatu i przyznawania prawa używania znaku towarowego są ewidentne: lasy, które nie spełniają standardów (a co za tym idzie - produkty z nich pochodzące) podlegają sankcjom ekonomicznym i rynkowym. Oznacza to niższą cenę produktu lub ograniczony dostęp do międzynarodowych rynków.

Śmiech przez łzy
Kiedy meksykański certyfikator wchodził do polskich lasów, nikt nie wróżył mu większych szans w pozyskaniu klientów i pieniędzy. Leśników śmieszyły nawet kryteria, jakie trzeba było spełnić, aby uzyskać certyfikat. Na przykład to o przestrzeganiu praw ludności rdzennej. śmiali się, czytając w biuletynach o tym, ze FSC powstała, by ratować lasy przed wyginięciem. Komentowali podawane na te okoliczność fakty i cyfry. Według danych FAO, w dekadzie 1980-90 było niszczonych prawie 15 milionów ha lasu rocznie, a w dekadzie wcześniejszej - około 11 milionów ha rocznie. I znów ogarniał ich śmiech, bo dane te dotyczyły grabieży lasów w brazylijskiej Amazonii, a nie w Polsce i Europie. Na naszym kontynencie drzew leśnych przybywa, a w Polsce powojennej lesistość wzrosła z 21 do 28 procent, czyli o ponad milion hektarów. Mamy tez znakomitą "Ustawę o lasach państwowych", której zazdroszczą nam inni. Na dodatek uwzględnia ona nie tylko światowe normy, ale i ekologie. - Jeżeli FSC powstała, aby chronić zasoby leśne, winna wydawać certyfikaty lasom tropikalnym - argumentowali leśnicy.

Przestali się śmiać, gdy okazało się, że FSC bez trudu dotarła do 7 spośród 17 Regionalnych Dyrekcji Lasów Państwowych (w Szczecinie, Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Szczecinku, Wrocławiu i części nadleśnictw Białegostoku), nadając certyfikat "dobrze gospodarowanego" 2 500 000 hektarów polskiego lasu. Szybko opublikowała te dane i okazało się, że po kilku latach to Polska i Szwecja są potentatami na scertyfikowanej przez FSC mapie leśnych zasobów świata.

Zupełnie nie do śmiechu zrobiło się opornym leśnikom, gdy nagle stali odbiorcy drewna zaczęli pytać o certyfikat... Nie, żeby oni go potrzebowali... To od nich żądali go Anglicy, Belgowie, Holendrzy, do których eksportować zamierzali towary przetworzone z polskiego leśnego surowca.

Niektórzy leśnicy z Regionalnych Dyrekcji LP sami zaczęli szukać kontaktu z FSC. Doszli do przekonania, że tkwiąc w swoim oporze i tak dostaną...

Jak nie kijem, to pałką
W ubiegły poniedziałek dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu, Janusz Kaczmarek, spotkał się z przedstawicielem SGS Polska - gdyńskiej spółki z o.o., akredytowanej przez FSC do przeprowadzania certyfikacji w naszym kraju.

- Widząc, jakie pieniądze liczą sobie te firmy za certyfikacje, sam zaproponowałem cenę, na jaką nas stać - mówi. - Nie powiem jaką, bo to tajemnica handlowa, ale znacznie mniejsza niż płacili moi poprzednicy. Rozmówca z SGS powiedział mi, że ceny za certyfikacje są rzeczywiście do negocjacji, tylko że on nie może o tym decydować. Porozmawia z kim trzeba i przyśle nam w ciągu tygodnia oferty. My im na te oferty damy pisemną odpowiedź i zaczną się negocjacje. Jeszcze nie wiem, czy zdecydujemy się na tzw. audyt wstępny, czy od razu zasadniczy. Potem będą audyty okresowe, odnawiane co 5 lat.
Kiedy dyrektor Kaczmarek pozna ostateczna cenę certyfikatu, spotka się z przedsiębiorcami, kupującymi w jego nadleśnictwach drewno. Przypomni im, ze podczas ostatniego spotkania sami złożyli akces partycypowania w kosztach. Nie powiedzieli, jaki procent wynegocjowanej ceny zapłacą, ale dyrektor przypuszcza, że dojdzie do rozsądnego konsensu.

- Jestem bardzo ostrożny z wchodzeniem w rozmaite nowości - zastrzega dyrektor. - Widząc jednak, jaka presje wywiera się ostatnio na moich kontrahentów oraz dbając o własny rynek drzewny, muszę się certyfikacji poddać. Zwłaszcza ze naciskają na to ci najwięksi. Jeszcze dwa lata temu tylko dwóch spośród 610 naszych klientów kupujących powyżej 30 tys. m sześć. drewna, było zainteresowanych kupowaniem surowca ze scertyfikowanych lasów. W tym roku już ośmiu zaczęło mięć problemy z eksportem drewna, głownie do Anglii.
Dyrektor postanowił, że nie będzie im komplikował kontraktów i rozpoczął negocjacje z przedstawicielem FSC w Polsce. - Dotąd audytorami polskich lasów byli ludzie z Anglii, ale pojawiały się problemy z przetłumaczeniem im pewnych procesów, zachodzących w naszych lasach. Teraz słyszę, ze audytorami będą Polacy.

Leśna paranoja
W nadleśnictwach dziwą się, że to Anglicy oceniają, czy polskimi lasami dobrze się gospodaruje.
- U nich lasy są szczątkowe, bo historia pokazuje, że wytrzebili je, budując okręty. Zostały im teraz duże parki, a z nowymi nasadzeniami - gdy grunty są prywatne - zawsze jest krucho.
I teraz oni chcieliby nas uczyć, jak dbać o lasy. Przecież lepszą ocenę od polskich, mają tylko lasy austriackie i skandynawskie. Zresztą Austriacy i Czesi powiedzieli meksykańskiej spółce twarde nie. Uważają, ze ich znakiem towarowym jest dobra opinia w światowych rankingach prawidłowo prowadzonych lasów. Polakom dobra opinia nie wystarcza. Muszą się dowartościować.

Wystarczy zajrzeć do informatora FSC, żeby zauważyć, jak certyfikator zadbał o angielskie, amerykańskie i holenderskie wpływy na eksporterów drewna ze środkowej Europy. Wśród firm audytorskich, posiadających akredytacje FSC są: SGS Forestry Qualifor z Anglii, Soil Association Woodmark z Anglii, Skal z Holandii oraz dwie firmy amerykańskie, jedna szwajcarska i... Silva Forest Foundation z Kanady.
- Kiedy próbujemy wejść do nowego odbiorcy na rynek angielski, belgijski lub holenderski - słyszymy pytanie o certyfikat - mówi o swoich problemach z poszerzeniem eksportu dyrektor Majchrzak z cierpickiej firmy "Andrewex". To jeden z największych odbiorców drewna z DRLP w Toruniu. - Nie mamy problemów z dotychczasowymi odbiorcami, ale wejść na nowe rynki - trudno. Zrobiła się z tym certyfikowaniem lasów jakaś paranoja.

Drewno z ładnym kwitem
O certyfikacyjnej paranoi - głośno ostatnio w leśnej prasie. Co rusz pojawiają się w niej oburzone głosy leśników. Jedni wyliczają, że dla uzyskania certyfikatu konieczne jest wycięcie 1250 m sześć. drewna, co skutkuje 6-hektarowym zrębem. Inni mnożą cenę uzyskania jednego certyfikatu przez siedemnaście (tyle jest RDLP w Polsce) i epatują czytelnika coroczną wycinką 20 hektarów krajowych lasów. W zamian za kwit, z którym się nasze drewno bardziej Anglikom podoba.

Padają pytania, a dlaczego z biednej Polski uciekają miliardy do kieszeni ekspertów, powiązanym z meksykańską FSC? Mamy przecież Polskie Centrum Badań i Certyfikacji, a poza tym samo logo: "LP" (Lasy Polskie), było do tej pory znakomitym znakiem towarowym. I dlaczego, skoro już obca firma ma nam wydawać certyfikat, nie zawrze ona umowy z Centralna Dyrekcja Lasów Państwowych, która gospodaruje polskimi lasami według jednej normy? Czy dlatego, że na wydaniu 17 certyfikatów Regionalnym Dyrekcjom LP zarobić można więcej?
FSC nie zraża się tymi uwagami. W ostatnim numerze periodyku "Las Polski" Andrzej Czech - osoba kontaktowa FSC (tak się przedstawia) peroruje, że Polskie Centrum też certyfikować można, ale po... pomyślnym przejściu procedury akredytacji FSC i okresowych kontroli. Po takiej pseudoprawnej ripoście aż strach pomyśleć, jakiej anarchii i bezprawia dopuścili się Austriacy, odmawiając FSC wejścia na swój teren i wystawiając własny znak towarowy.

Warto też zacytować, jak odpiera pan Czech zarzuty, że niedochodowa podobno FSC kasuje pieniądze za certyfikacje: -Takie stwierdzenia nadają się do założenia sprawy sądowej o zniesławienie, są one prymitywnym fałszem. FSC nie dostaje pieniędzy za przeprowadzenie certyfikacji, byłoby to zresztą niezgodne z zasada bezstronności. Zasada ta jest gwarantowana wtedy, gdy certyfikacja jest wykonana przez firmy niezależne od wydającego certyfikat. I tak jest w przypadku FSC. Powtarzam... certyfikacje przeprowadza firma certyfikująca i tym zarabia na swoje utrzymanie. Firma ta wnosi do FSC jedynie stała, coroczna opłatę (...). Wyjaśnia też pan Czech, z czego utrzymuje się Sekretariat FSC. Otóż żyje on: z opłat członkowskich, dotacji organizacji charytatywnych, grantów Unii Europejskiej, opłat akredytacyjnych etc.

Audyt czy wywiad?
Krytyczne uwagi leśników nazywa kłamstwami i fobiami. Przypomina im też, że często za certyfikacje lasów płacą odbiorcy drewna. Widocznie im się to opłaca - dodaje, zapominając wspomnieć, że mamy gospodarkę rynkową i koszty te ponoszą kupujący towar, czyli my wszyscy. W tym samym (2000, nr 24) numerze "Lasu Polskiego" swoją wyważoną opinie o certyfikacji leśnych areałów wyraża prof. dr hab. Zbigniew Laurow z Katedry Użytkowania Lasu SGGW w Warszawie. I on zadaje pytanie: dlaczego nie usiłujemy zorganizować polskiej jednostki certyfikującej lasy, mając uznane w świecie logo: "LP"?
Profesor Laurow zauważa też coś, na co do tej pory nie zwróciły uwagi polskie władze: "Niepokój budzi fakt, że w czasie audytów certyfikowanych audytorzy FSC usiłują uzyskać informacje na temat potencjału produkcyjnego lasów, cen drewna, kosztów produkcji czy też kierunku zbytu wyrobów. Zbieranie takich danych ma już charakter wywiadu gospodarczego (...)."

FSC, na nic nie bacząc, prze naprzód. Działa już w Polsce tzw. Polska Grupa Robocza FSC.
- Problem polega na tym - słyszę od Jerzego Bargieła z RDLP w Toruniu, delegowanego przez swojego szefa do przyglądania się certyfikującej polski las firmie - że na ostatnim spotkaniu tej grupy w Puszczykowie, przyjęła ona formę stowarzyszenia, w którym leśnicy polscy (jako państwowa jednostka organizacyjna) nie mogą uczestniczyć.

Wszystko wskazuje wiec na to, że o certyfikacji polskich lasów decydować będą nie ich gospodarze, ale ekolodzy. Co na to Ministerstwo Środowiska? Czy wie, co się dzieje w metkowanych na sile i na potęgę - państwowych lasach?


 
Komentarze Komentarze do artykułuSkomentuj Dodaj komentarz

Brak komentarzy. Twój komentarz może być pierwszy.

Powrót

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA


 
 
facebook
newsletter

Zapisz się na bezpłatny

Wiadomości z portalu na e-mail

Zapisz